Strona:PL Istrati - Żagiew i zgliszcza.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tów do walki i zawsze mocno przekonany o... O czem właściwie? Nie umiałbym na to odpowiedzieć! Mówi przekonywująco, ale trudno sprecyzować jego przekonania. Nawet na wygnaniu pozostał dyplomatą.
Woli nam tedy opowiadać raczej z entuzjazmem o kwiecie lotosu, który upiera się żyć tutaj jakby to było w Egipcie; opisuje nam tragiczną egzystencję tego kwiatu, cierpiącego tu dużo od mrozów. A potem mówi z równym zachwytem o projekcie użyźnienia miljonów hektarów okolicznych piasków zapomocą specjalnych odmian roślin.
— Musicie koniecznie zobaczyć te cuda, — mówi na zakończenie.
Zatrzymaliśmy się w Astrachaniu ośm dni, — mieliśmy więc czas obejrzeć i te prace. Pojechaliśmy na te dalekie piaski w towarzystwie Rakowskiego. Duszą i promotorem tego olbrzymiego dzieła, którego celem jest unieruchomienie lotnych piasków grożących zamuleniem ujścia Wołgi i stworzenie z nich terenów zdatnych pod kulturę. — jest towarzysz Orłów, człowiek który pewnego dnia spuścił się do szybu i stracił tam obie nogi. Możnaby o tem dziele napisać całe epos. Nie wdając się w techniczne wyjaśnienia, muszę wyrazić pełny mój podziw dla tego bohaterskiego kaleki i jego pomocnika, grającego przygodną rolę tłumacza. Obaj wreszcie zostawiają nas samych i zapuszczają się w głąb stepu. Niepodobna nam iść za nimi, ze względu na gęste krzaki, raniące dotkliwie ręce i twarze.
Zapominają o nas. Nadchodzi wieczór, okolicę