Strona:PL Istrati - Żagiew i zgliszcza.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zamawiam dwa pokoje.
— Niema robactwa?
— Niema.
Łóżka wydają mi się coś podejrzane. Obracam je, podnoszę pościel; — pełno ogromnych pluskiew. Nie! już ich mam dosyć!
Wychodzę na ciemny kurytarz i zaczynam hałasować niemożliwie, wychodząc z założenia, że nie można wymagać od człowieka, aby się pozwolił pożerać przez to obrzydliwe robactwo, (które nie trudno wytępić). Jestem wściekły, — krzyczę na cały głos, dopominając się o inne łóżka, bez pluskiew. Wreszcie otwierają się w ciemności jakieś drzwi. Podchodzi do mnie człowiek krępy, niski i mówi:
— To ty tak się awanturujesz i przeklinasz?
— Rakowski? Co ja widzę? I ty mieszkasz w tym hotelu, gdzie roi się od pluskiew?
— Ej nie... prawie ich tu niema. Tylko obecnie odbywa się tu jakiś kongres, więc pozbierano łóżka skąd się tylko dało.
Idziemy wszyscy do niego. Ma tylko jeden niewielki pokój, gdzie pięć osób ledwo się może pomieścić. Za parawanem łóżko i miednica. Walizki napchane książkami. Na stole kupa papierów. Rakowski opracowuje właśnie Życie św. Szymona. Dlatego wydaje mi się jakiś nadęty, wymuszony, — bo to człowiek stworzony do walki, a nie do pisania Żywotów. Przytem ma malarję i jeszcze inną jakąś chorobę, z której tutaj leczyć się nie może.
Ale mimo wszystko ma dobrą minę. Zawsze go-