Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Półtora tysiąca.
— A tam tysiąc zapłacisz prawie za cały dom! A jakie śliczne, jasne pokoje! Ona dawno pragnęła mieć cichego, akuratnego lokatora... Otóż, ja ciebie i polecam...
Obłomow niedecydująco głową pokiwał na znak protestu.
— Łżesz, przeprowadzisz się! — rzekł Tarantjew. Pomyśl tylko: przecież to o połowę taniej wypadnie. Na samem mieszkaniu pięćset rubli oszczędzisz. Wikt będziesz miał dwa razy lepszy i czysty... Ani kucharka, ani Zachar okradać cię nie będą...
W przedpokoju słychać było mruczenie.
— I porządku więcej — ciągnął dalej Tarantjew. — Przecież teraz obrzydliwość bierze usiąść przy twoim obiedzie. Chcesz pieprzu — niema, octu — nie kupiono, noże nie oczyszczone, bielizna, jak mówisz, ginie, kurzu pełno wszędzie. Słowem, obrzydliwość! A tam kobieta będzie gospodarować! Ani tobie, ani twemu durniowi Zacharowi...
W przedpokoju słychać było silniejsze mruczenie.
— Temu staremu kundysowi — ciągnął Tarantjew — nie potrzeba będzie myśleć o niczem: wszystko będziesz miał gotowe. Nad czem tu myśleć? Przeprowadzaj się — i koniec...
— Jakże to tak nagle, ni z tego ni z owego na Wyborgską stronę...
— Gadaj z nim! — mówił Tarantjew, ocierając pot z czoła. — Teraz lato, a tam, to to samo, co na letnisku. Poco ty gnijesz tu przez całe lato na tej Grochowej? Tam ogród Bezborodki. Ochta pod bokiem. Newa o dwa kroki. Ogród do wyłącznego użytku, ani kurzu, ani braku powietrza! Niema