Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale cóż to wszystko mnie obchodzi? — z akcentem niecierpliwości odpowiedział Obłomow. — Ja się tam nie przeprowadzę.
— Zobaczymy, czy ty się nie przeprowadzisz. Nie, bracie, skoro o radę pytasz — to słuchaj, co mówię.
— Nie przeprowadzę się tam — odciął stanowczo Obłomow.
— Kiedy tak, to niech cię djabli wezmą! — odpowiedział Tarantjew, nałożywszy kapelusz i ku drzwiom ruszył.
Nawrócił jednak.
- Dziwak jesteś — rzekł. — Tak ci tutaj słodko siedzieć?
— Wszystko w pobliżu — mówił Obłomow. — Tu są i sklepy, i teatr, i przyjaciele, i znajomi... Środek miasta... wszystko...
— Co-o-o? — przerwał mu Tarantjew — a dawnoś ty z domu wychodził? Powiedzno? Kiedy byłeś w teatrze? Do jakich znajomych chodzisz? Pytam cię: na jakiego djabła tobie ten środek miasta?
— Jakto, naco? Różnie się zdarza.
— Widzisz — i sam nie wiesz, naco! A tam, pomyśl tylko: będziesz mieszkać u mojej kumy, szlachetnej kobiety, w spokoju, cicho, nikt cię nie ruszy, żadnego hałasu, wszędzie czysto, przyjemnie. Spójrz tylko — przecież ty mieszkasz, jak w brudnym zajeździe, a przecież jesteś barin, pomieszczik! A tam — czystość, cisza. Jest z kim i słowo zamienić, jeśli się znudzisz. Oprócz mnie nikt cię odwiedzać nie będzie. Jest dwoje dzieci — baw się z niemi, ile chcesz! Czegóż chcesz więcej? A wygoda, wygoda jaka... Ile tu płacisz?