Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


IV.

— Jak się masz, zemlaku — urwanym głosem przemówił Tarantjew, wyciągając obrosłą włosem rękę do Obłomowa. Cóż, to ty leżysz dotychczas, jak kłoda?
— Nie zbliżaj się! Nie zbliżaj się! Przychodzisz z zimna! — mówił Obłomow, przykrywając się kołdrą.
— Cóż jeszcze wymyślisz — z zimna! — krzyknął Tarantjew. No, no, bierz rękę, kiedy ci podaję! Wkrótce już dwunasta godzina, a ty jeszcze miętosisz się w łóżku!
Chciał dźwignąć Obłomowa z łóżka, ale Obłomow uprzedził go, zwiesiwszy szybko obie nogi i odrazu trafił niemi w pantofle.
— Właśnie sam już chciałem wstać — odpowiedział ziewając.
— Wiem ja, jak ty wstajesz: tybyś tu i do obiadu się miętosił. Hej! Zachar! Gdzież ty tam schowałeś się, stary durniu! Prędzej! Pomagaj panu się ubierać.
— A pan niech sobie sprawi własnego Zachara, a potem będzie go pan łajał! — odpowiedział Zachar, wchodząc do pokoju i złośliwie spojrzawszy na Tarantjewa. — Oto naniósł pan błota, jak jaki roznosiciel z ulicy — dodał.