Strona:PL Gonczarow - Obłomow T1-2.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— On jeszcze tu gada, — małpi pysk! — rzekł Tarantjew i podniósł nogę, aby ztyłu kopnąć Zachara, ale Zachar "stanął, odwrócił się do niego i przybrał pozę obronną.
— Niech pan tylko trąci! — zachrypiał po swojemu. — Co to takiego? Ja odejdę — rzekł i począł się cofać.
— Ależ daj pokój, Michej Andreicz! Jakiś ty niespokojny! Poco go zaczepiasz — rzekł Obłomow. — Zachar! Dawaj, co trzeba!
Zachar wrócił i, spoglądając ukosem na Tarantjewa — szybko przeszedł koło niego.
Obłomow, oparłszy się o niego, niby niedbale, jak człowiek bardzo zmęczony, dźwignął się z pościeli i, niechętnie przeszedłszy do fotelu, usiadł i siedział bez ruchu.
Zachar wziął ze stolika pomady, grzebień i szczotkę, napomadował włosy, rozczesał, podzielił i szczotką wygładził.
— Będzie się pan teraz umywał?
— Poczekam trochę, a ty odejdź.
— A to dopiero! I pan tutaj! — zawołał Tarantjew, zwracając się do Aleksiejewa, gdy Zachar włosy przyczesywał. — Dawno pana nie widziałem. Krewny pański, to wielka świnia. Dawno, to chciałem panu powiedzieć.
— Jaki krewny? Ja nie mam wcale krewnych — trwożliwie odpowiedział Aleksiejew zdziwiony, wytrzeszczywszy oczy na Tarantjewa.
— No, ten, co służy tu. Afanasjew go zowią — jakto, nie krewny!
— Ależ ja nie Afanasjew, lecz Aleksiejew i nie mam wcale krewnych.