Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i nogami na niego tupała, i kazała mu natychmiast przestać krzyczeć — a tak go jakoś przeraziła, że i ucichł, a dzisiaj po południu — — ale niech pan doktór wejdzie i sam zobaczy. Zupełnie nie do wiary.
To, co dr. Craven ujrzał, gdy przestąpił próg pokoju swego pacjenta, zdziwiło go istotnie bardzo. Gdy pani Medlock otworzyła drzwi, usłyszał śmiechy i chichotki. Colin siedział na sofie, ładnie ubrany, a siedział zupełnie wyprostowany i oglądał obrazki w jednej z książek przyrodniczych, rozmawiając z ową niepozorną, niemiłą dziewczynką, którą w tej chwili trudno było nazwać niemiłą, tak jej twarzyczka promieniała radością.
— Widzisz te długie, wijące się, niebieskie? Tych jest dużo — mówił Colin. — To są Delphinium.
— Dick mówi, że ostróżki, wyhodowane sztucznie — wołała Mary. — Już ich jest pełniusieńko.
Naraz ujrzeli dra Gravena i zamilkli. Mary siedziała cicho, Colin był zły.
— Zmartwiłem się, słysząc, żeś był chory dziś w nocy, moje dziecko — odezwał się dr. Craven, trochę zdenerwowany. Był on wogóle dość nerwowy.
— Czuję się teraz lepiej, o wiele lepiej — odparł Colin wyniośle, jak młody radża. — Jutro, lub za dwa dni, jeśli będzie ładnie, wyjadę w moim fotelu do ogrodu. Potrzeba mi świeżego powietrza.
Dr. Craven usiadł przy nim, badał puls i przyglądał mu się uważnie.
— Dobrze, ale musi być bardzo ładnie i ciepło — powiedział — i musisz bardzo uważać na siebie, by się nie przemęczyć.
— Świeże powietrze mnie nie zmęczy — odparł młody radża.
Ponieważ zdarzało się niejednokrotnie, że tenże sam