Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niego natychmiast pokazać mu swoje prezenty; byliby sobie razem oglądali obrazki i poczytali o ogrodnictwie, możeby sobie pograli w którą z gier, a onby się był rozerwał i nie myślałby o śmierci i nie macałby pleców, by sprawdzić, czy mu garb nie rośnie. Miał taki sposób nieznośny robienia tego, że Mary znieść tego nie mogła. Nabawiało ją to uczucia przestrachu, bo on sam miał zawsze taką przerażoną minę. Mówił, że gdyby poczuł kiedy pod palcami najmniejszą krostę na plecach, to już byłby pewny, że to garb zaczyna rosnąć. Myśli te nasuwały mu szeptane rozmowy pani Medlock z pielęgniarką, począł o tem rozmyślać, dopóki to przekonanie nie ustaliło się w jego wyobraźni. Pani Medlock powiedziała, że plecy jego ojca zaczęły krzywić się w ten sam sposób, gdy był dzieckiem. Colin nikomu nie mówił prócz Mary, że największa część «napadów», jak to nazywali, miała źródło w owym histerycznym strachu. Mary narazie żałowała go, gdy jej to powiedział.
— On zawsze zaczyna rozmyślać o tym garbie, jak jest zły, albo wyczerpany — rzekła sobie Mary. — A dzisiaj był zły. Może — może on całe popołudnie dziś o tem myślał.
Stała cicho, zapatrzona w dywan i zamyślona.
— Powiedziałam, że już nigdy do niego nie pójdę — zawahała się, ściągając brwi — lecz może... może właśnie pójdę... spytać go, czy chce, żebym przyszła rano. A może znów we mnie rzuci poduszkę? Wszystko jedno — myślę, że lepiej jednak pójść.