Strona:PL Faleński-Meandry.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


My, nie tak głupie, jak ty osły,
Widzimy: że go nie ma wcale.

By mu zaś odjąć myśli śmiałe:
Że tego, z którym gadał niemy,
Znać chcemy, lub co o nim wiemy —
Na większą naszych Mistrzów chwałę,
Lub go piszemy przez b małe,
Lub wcale o nim nie piszemy.


68.

Mania, godna już od rana,
By ją z grzywką rozwichrzoną,
W sklep za szybę postawiono —
Malowana, nadrabiana,
Zdolna krocie zjeść jak Nana —
Jest podobno czyjąś Żoną.

Janio, zdobny w same braki,
Gdzieś w ogródkach stracił zdrowie.
Wiatr ma w sercu, pustki w głowie,
Zmysł do długów, dłoń do klaki
Bóstw cyrkowych... jednak taki
Snadź się czyimś Mężem zowie.
 
Patrz! ci mali — jak zwodniczo
Z wstąg, z koronek, z piór i z kwieci,
Barwny na nich atłas świeci!
W bitwie z sobą, jak dzicz z dziczą,
Tupią, plują, drapią, krzyczą —
Jednak... czyjeś to są Dzieci.


69.

O społeczności sztucznie głucha!
Kędy jedynie spór i zwada