Strona:PL Faleński-Meandry.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Więc mgłą obwiani,
Wśród grzmotni srogiej,
Szukamy drogi.
Cóż, gdy znów na niej,
Stopy nam rani
Kwiat zbrojny w głogi!

Co? przez swe róże
Znów cierń nas mami?
Ach! ślepcy sami!
Dzieciaki duże!...
Szczęściem — jest w Górze
Oko nad nami.


65.

W służbę u świata idzie nieraz błoga
Myśl, jak nie jedni pachołkowie chudzi.
Chciała być czystą — lecz ją życie brudzi.
Chciała być mężną — lecz ją drętwi trwoga...
Bo lepiej zgrzeszyć stokroć w obec Boga —
Niżeli raz, w obec ludzi.


66.

Wielbicie tego, co się nad mrowie
Wspiął jako tako. Lecz, wyznam szczerze,
Żem ja w tej mierze,
Wybredny duch co się zowie.
Bo czyż raz człek się szczyci na głowie
Tem, co w ogonie nosiło zwierzę?


67.

Balaamowy zwierzu wzniosły!
Któryś tam, kiedyś, w trwogi szale,
Podobno Boga widział — ale
Długie ci uszy ztąd wyrosły —