Strona:PL Faleński-Meandry.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lecz bratu podaj twe ręce bliźnie.
Niechże nie każdy, kto się pośliźnie,
Zaraz upada.


53.

Myśl, siebie pewna choć zuchwała,
Siłą cię swoją skłoni,
Że przed nią ugniesz skroni.
Gdy kiedyś krnąbrna jakaś skała
Do Mahometa przyjść nie chciała —
On sam się trudził do niej.


54.

Kiedy Bóg tworzył w dniu Chwały,
A Szatan czyhał zdaleka,
Światłość zdziałała człowieka,
Ciemności cień mu przydały,
Ztąd człek bez cienia nie cały,
Choć on od niego ucieka.


55.

— Śniło mi się dziś — mój drogi!
Żeś mi z pereł przyniósł stroje.
U zwierciadła z niemi stoję,
I tam widzę pełna trwogi,
Żem, w pośpiechu, wbiegła w progi
Niby swoje, a nie swoje.

— Moja luba! Lud prostaczy
O śnie takim smutnie gwarzy.
Tyś błądziła wśród cmentarzy —
A jam dał ci łzy rozpaczy...
— Perły z łez? Ach! — cóż to znaczy!
Byle były mi do twarzy.