Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz zwróć-no głowę ku mnie! Miej odwagę w oczy
Nieprzyjaciołom spojrzeć! Patrz, jak los się toczy:
Władałeś, a dziś jesteś pod władzą! Jedyna
Ma żądza: Chcę cię widzieć! Tyżeś mi to syna,
Co jest tam, gdzie przebywa, tak ścigał nieznośnie,
Ty łotrze, ty! Gdzież równa onej pysze rośnie,
Na którą byłbyś ty się nie zdobył! Do piekła
Tyś żywcem go posyłał! Twa złośliwość wściekła
Kazała mu bić hydry i lwy, że nie powiem
O innych twych zamysłach, mowa moja bowiem
Trwałaby nazbyt długo! Nie dosyć ci na tem —
Pędziłeś mnie i dzieci całym niemal światem,
Od świętych nas ołtarzy-ś odrywał coprędzej,
U których szukaliśmy ratunku z tej nędzy —
Mnie, mówię, nazbyt starą, te aż nazbyt młode!
Znalazłeś wreszcie mężów, znalazłeś przeszkodę
W tym wolnym oto ludzie, co się nic nie lęka
Twych gwałtów. Teraz umrzesz i jeszcze mi dzięka
Należy się od ciebie, bo za twoje zbrodnie
Nie raz, lecz dziesięć razy umrzeć ci jest godnie.

GONIEC.

Nie wolno ci zabijać tego tu człowieka.

ALKMENE.

Więc darmo jest mym brańcem? Więc nadarmo czeka
Na śmierć swą? Jakież prawo zabijać go broni?

GONIEC.

Książęta tego kraju — tego nie chcą oni.

ALKMENE.

Zabijać swoje wrogi ma być niedostojnie?