Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I prosi, by go zabrał na swój wóz. A czemu?
Lejce ująwszy w ręce, skierował ramaki
Ku źrebcom Eurysteja. A teraz o takiej
Słyszałem oto sprawie — com rzekł do tej pory
Na własnem widział oczy —: więc, w pościgu skory,
Spostrzegłszy Eurysteja wóz blisko świątyni
Ateny Pallenijskiej, wręcz modły uczyni
Do Heby i Zeusa, ażeby te siły
Niebieskie utraconą młodość mu wróciły
Chociażby na dzień jeden, bo się na swym wrogu
Chce pomścić. I, słuchajcie! Jaki on to bogu
Zawdzięczał cud: Dwie gwiazdy na uprzężę spłyną,
Ażeby wóz mu zakryć gęstą chmurą siną.
Jak mędrsi powiadają, było to za sprawą
Twojego syna, pani, i Heby. On, mgławą
Przesłoną otulony, nad chmury tej cieniem
Młodzieńczem połyskiwał, że aż dziw, ramieniem.
I tak to Iolaos, sławą okryt nową.
U skał skeirońskich czwórkę wziął Eurystejową,
Zaś jego, skrępowawszy mu ramiona, wiedzie
Tę zdobycz swoją walną przed ciebie. Na przedzie
Był wódz ten, był na górze, dziś pogrzebion leży
I uczy swym przykładem — rozgłośny i świeży
To dowód —, aby nie zwać szczęśliwym człowieka
Dopóty, póki śmierci swej się nie doczeka,
Bo szczęście dzień trwa jeden.

PRZODOWNIK CHÓRU.

O zwycięzców Boże!
To pierwszy dzień, że już się tak luto nie trwożę!

ALKMENE.

O Zeusie! Późnoś spojrzał na moje te męki,