Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kapłani, widząc teraz, że nasze się boje
Nie dadzą już rozstrzygnąć w pojedynku drodze,
Zabrali się do ofiar w te tropy. Przesrodze
Spłynęła krew czerwona z tej ludzkiej gardzieli![1].
Na wozy ci skoczyli, ci do tarcz się wzięli,
Ażeby ich bokami swe osłonić boki.
Ateński wódz do wojsk swych ozwie się bez zwłoki
I rzeknie, jak się godzi: »Towarzysze mili!
Z pomocą naszej ziemi pospieszcie tej chwili —
Wszak ona was zrodziła, ona wykarmiła!«
Po drugiej także stronie było słychać siła
Upomnień, aby hańba nie spadła na miano
Mykeńskie! A gdy znak już do rozprawy dano,
Tyrseńska kiedy surma do boju zawarczy,
Co myślisz? — jaki łomot i trzask i chrzęst tarczy
I jakie było słychać raty i przeraty!
Nasamprzód napór wroga gromki, zuchowaty,
Przełamał nasze hufy. Lecz uciekli potem.
Przy nodze zasię noga — za wtórnym zawrotem —,
Przy mężu mąż, odparli my atak. Zagasła
Niejedna, mówię, dusza w tej bitwie. I hasła
Po jednej i po drugiej rozbrzmiewały stronie:
»O wy, co łan Ateński, wy, co Argu błonie
Sprawiacie, dopuścicie-ż, aby hańba spadła
Na gród wasz?!...« Z wielkim trudem, gdy wrzała zajadła
Ta walka, odparliśmy Argiwów — przed nami
W popłochu uciekali, jak, nie wiedząc sami.
Wtedy to Iolaos, taki starowina,
Ujrzawszy, jak się Hyllos z szeregu wygina
I pędzi naprzód, dłonie wyciągnie ku niemu

  1. Makarii.