Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/429

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zmarłego mierz wyciągnie, z bólu oszalała,
By czyn spełnić straszliwy: Wciska go do garła
I pada między synów najdroższych. Tak zmarła,
Objąwszy ramionami obu, tak okrutnie
Poległych. Lud się zerwał i wszczął groźną kłótnię.
Myśmy się upierali, zwąc mojego pana
Zwycięzcą, a zaś tamci krzyczeli: »Wygrana
Po naszej stronie!« Spór ten podjęli i wodze:
»Polineik«, rzekli jedni, »pierwszy ranił srodze
Swą włócznią«, a zaś drudzy, że »snać się nie zdarza,
Ażeby zwyciężali umarli«... I wraża
Poczęła się rozprawa. Szczęściem, że pod grotów
Osłoną stał przezornie lud Kadmosa, gotów
Do walki każdej chwili... Wpadliśmy w te tropy
Na wroga, zanim mogły argiwskie się chłopy
Uzbroić. Nikt nam placu nie dotrzymał, siły
Nie mieli. I równiny wnet się zaroiły
Od tłumów zmykających i trupów tysiące
Argiwskich legło we krwi: nasze mordujące
Dziryty tak ich sprawią. Odniósłszy to walne
Zwycięstwo, jedni znaki wznoszą tryumfalne
Zeusowi, a zaś drudzy obdzierają trupy
Argiwskie z pięknych zbroic, do miasta śląc łupy
Przemnogie. Znowu inni razem z Antygoną
Poległych odstawiają, byście łzą ich słoną
Opłakać mogli godnie... A więc tak się stało,
Iż szczęścia a i bólu mamy dziś niemało.

CHÓR.

Nie tylko do uszu dociera
Ten niesłychany
Nieszczęścia grom.