Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/399

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niechaj na sławy szczycie
Tebańska stanie brać!
Wojenny po czynie czyn
Niech spełnia ojciec i syn!
Niechaj-że w zwycięstw koronie
Gród ten na wieki płonie!

Opierając się na córce, wchodzi

TEIREZIAS.

Prowadź mnie naprzód, córko! Dla ślepca tyś okiem,
Jak gwiazda dla żeglarzy. Kieruj moim krokiem,
Ażebym szedł po gładkiem. Idź-że naprzód drogą,
Bym nie padł. Ojciec słaby, ot, powłóczy nogą.
A trzymaj mi w swej ręce dziewiczej te losy:
Z wróżb ptaków mam je dzisiaj — dały je niebiosy
W tem miejscu, dokąd zwykle chodzę po te wieszcze
Zwierzenia. Menojkeju, jak daleko jeszcze
Do miasta, do Kreonta, twego ojca? Juści,
Że ledwie się posuwam! Ha! Starość nie puści.

Jawi się

KREON.

Teireziaszu, śmiało! Już do przyjacieli
Dotarły twoje stopy... Nuże! nuże! śmielej!
Podeprzyj-że go synu! Stary wiek nie skory!
Jak wóz jest, sam nie pójdzie! Trzeba mu podpory.

TEIREZIAS.

No, jestem... Po coś wzywał mnie, Kreonie miły?

KREON.

Pamiętam. Lecz odetchnij, zbierz-że swoje siły,
Bo widzę, żeś się nieco zasapał w tej drodze.