Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom I.djvu/508

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poczęła pohutnywać, piać nieznane pienia,
Zaklęcia czarodziejskie głosić, do czyszczenia,
Do krwi zmazania ponoć potrzebne. I długi
Na miejscu przeczekawszy czas, jęli twe sługi
Obawiać się, że mogli cudzoziemcy oni,
Z pęt przecież uwolnieni, ujść po morskiej toni,
Niewiastę wprzód zabiwszy. Że nam jednak trwoga
Wzbraniała być świadkami obrzędu, więc noga
Nie ruszy się nam z miejsca, ostatecznie przecie
Uchwaliliśmy pójść tam, choćby tej kobiecie
I onym dwom przybyszom na przekór. I nawę
Helleńską ujrzeliśmy, snać już na przeprawę
Przez morze czekającą: na ławach zasiadło
Wioślarzy pięćdziesięciu, a tam, gdzie jest radło
Sterowe, dwaj młodzieńcy stali niezwiązani.
Żerdziami tu wstrzymują przód na fal otchłani.
Kotwice tu wieszają na drągach, drabiny
Tam inni znowu plotą z postronków i liny
Przez ręce przepuszczając, obcym je podają
Do morza. I my, widząc, co się z oną zgrają
Tam działo, jakie chytre żywiła zamysły,
Od razu dopadliśmy cudzoziemców: prysły
Wszelakie juści względy —, chwyciliśmy sznury.
Pragnący ster i wiosła ściągnąć z statku góry,
A z ust nam wybiegały słowa: »Jakie prawo
Przygnało was tu do nas, aby tak jaskrawo
Zabierać nam kapłankę i ten obraz święty?
Kto jesteś ty, co chcesz ją przez morskie odmęty
Z tej naszej uwieść ziemi?« A na to on powie:
»Agamemnona syn ja, wiedzcie to, ludkowie,
Orestes, brat jej! Siostrę-m znalazł zaginioną
I wiozę ją do domu!« Myśmy przecież oną