Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom I.djvu/507

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


GONIEC.

Ratuje Orestesa! Taka jest przyczyna!

THOAS.

Którego? Czyżby córki Tyndarowej syna?

GONIEC.

Co paść miał na ołtarzu, nieb ofiara zbożna.

THOAS.

To cud jest! Bo inaczej jak to nazwać można?!

GONIEC.

Nie o tem myśl, lecz słuchaj, co ci tu wyłożę,
A wszystko rozważywszy, bacz, jakby na morze
Pogonie zaraz wysłać, co dościgną zbiegów.

THOAS.

Rzecz słuszna! Nie tak bardzo odbili od brzegów
I nie tak bliski cel ich, by uszli mej włóczni.

GONIEC.

Nad morze gdyśmy przyszli, my, twoi poruczni,
Mający rozkaz trzymać tych przybyszów pęta,
Gdy w miejscu stanęliśmy ukrytem, gdzie, wzięta
Z Hellady, łódź Oresta czekała, tej chwili
Zleciła nam kapłanka, byśmy ustąpili
Gdzieś na bok, jako niby, mówiła, niezwłocznie
Kadzenie i czyszczenie tajemne rozpocznie.
I, z rąk nam odebrawszy przybyszów kajdany,
Szła sama w trop za nimi. Nieco podejrzany
Wydawał się twym sługom krok ten, lecz nareście
Podobał się nam, królu!.. Po chwili niewieście
Usłyszeliśmy krzyki. Aby nam się zdało,
Że niby jakieś sprawia obrzędy, niemało