Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom I.djvu/509

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przybyszkę mocno w rękach trzymali, do ciebie
Chcąc gwałtem ją sprowadzić. Ale tej potrzebie
Stanęły w poprzek straszne policzki, którymi
Zaczęto nas obdarzać. Prano nas w olbrzymi,
Okrutny, mówię, sposób. Nikt z nich nie miał miecza
I myśmy też nie mieli, więc ta dzicz nieczłecza
Prażyła nas pięściami. Ci młodzi junacy
To w pierś, to w bok nas walą, żeśmy się w tej pracy
Znużyli ponad siły. W tak okrutny sposób
Nacechowani przez nich — jedne z naszych osób
Na głowie miały pręgi, inne znowu oczy
Podbite — uciekliśmy na wzgórze: na zboczy
Zająwszy stanowisko, walczym już ostrożniej,
Rzucając kamieniami. Ale ci bezbożni
Łucznicy, co na rufie onej łodzi stali,
Strzałami nam dopiekli i odparli dalej.
Tymczasem bałwan rzucił statkiem o wybrzeże,
Omało nie rozbiwszy go, więc Orest bierze
Na lewe ramię siostrę i, brocząc po wodzie,
Dopadłszy po drabinie pomostu, na spodzie,
Na rufie statku siostrę umieści, z nią razem
I obraz córki Zeusa, spadły z nieb. Rozkazem
Rozbrzmiało wnętrze łodzi: »Helleńscy żeglarze
Do wioseł! Głąb zabielić! Czegośmy, te wraże
Przebywszy Symplegady, tak żarnie szukali,
Płynący po tej morskiej, niegościnnej fali,
To mamy już!« O głębię uderzyły wiosła
Śród krzyków — taka radość u żeglarzy rosła!
Dopóki jeszcze w porcie, łódź naprzód pobieży,
Lecz skoro minie ujście, zdala od wybrzeży,
Gwałtowny zadął wicher i statek, wprawiony
Rudlami w bieg polotny, zawróci do strony