Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wała, parę razy zamrugał powiekami jak człowiek walczący z wielką ochotą do snu.
Zenon spojrzał na zegarek.
— Pora ci już zasnąć po podróży. Dobrej nocy.
Podał rękę bratu i chciał tylko ją uścisnąć, ale Wiktor przyciągnął go do siebie i kilka razy w policzki ucałował.
— Rad jestem — rzekł z wylaniem — niewymownie rad jestem, że widzę cię zdrowym, zadowolonym, szczęśliwym, że ci się dobrze dzieje! Dobrej nocy, mój drogi! Dobrej nocy!
Powieki nieprzezwyciężenie opadały mu na oczy. Widać było, że gdy tylko dotknie głową poduszki, spać będzie jak zabity. Natomiast praca zawodowa gorliwa i kłopotliwa przyzwyczaiła go do wstawania rannego.
Zenon zastał go nazajutrz o dość wczesnej godzinie, nietylko już ubranego, lecz zajętego pisaniem listów. W szlafroku eleganckim, przed piękną teką, pełną papierów i kopert różnego gatunku, siedział pogrążony w pisaniu tak dalece, że wejścia brata zrazu nie zauważył, a gdy po kilku minutach spostrzegł jego obecność, prawie nie patrząc na niego, rzekł krótko:
— Dzień dobry, Zeńku. Każ, mój drogi, przynieść mi tu herbatę, bo mam na parę