Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rozmawiać!« Ale Wiktor nie zwracał uwagi najmniejszej na rozpaczliwą niekompetentność słuchacza. Z przyjemnością człowieka, który wpadł na ulubiony sobie temat, mówił i mówił o systemach fabrykacyi gorzelnianych, takich, jakie były, są, będą i być powinny w najróżniejszych krajach europejskich. Mówiąc, trzymał brata pod rękę i chodził z nim po aleach starych, pełnych wspomnień wspólnego ich dzieciństwa, dokoła klombów, będących rozkoszą i dumą ich twórcy, o niczem wcale nie wspominając i na nic nie patrząc. Zenona to chodzenie bezmyślne z alei w aleę, ze ścieżki na ścieżkę i to słuchanie o rzeczach prawie niezrozumiałych, zaczęło nużyć i nudzić. Poraz pierwszy przerwał mowę bratu:
— Usiądźmy. Możesz mówić, a ja mogę słuchać zarówno dobrze, siedząc, jak chodząc.
Naturalnie, chodzili tylko dlatego, aby obejrzeć razem piękny ogród, skoro go zaś nie oglądali... Przytem, ławka, na którą Zenon zaprosił brata, stała w miejscu tak pełnem wdzięku i malowniczości, że chyba już teraz Wiktor je zauważy i przestanie mówić o swoich maszynach. Rosły tam właśnie owe sławne sumaki czerwone i wierzby srebrne, kwitły na trawniku wielkie krzaki floksów liliowych i śnieżnych; przez otwór, umyślnie