Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


zapisaną przeczytawszy, z oczami rozbłysłemi rzucił się ku drzwiom.
— Sabinko! Sabinko! Sabinko! — wołał żony głosem niezwykle donośnym i nabrzmiałym radością.
Sabina stała z łokciami opartemi o stół, przy którym Rozalia nadąsana i milcząca siedziała z głową zwieszoną nad książką. Na głos Hornicza drgnęły obie; Rozalia z głośnem syknięciem zasłoniła uszy dłońmi; Sabina przybiegła do męża z oczami wylękłemi.
— Co? co? co się stało? — wyszeptała z trwogą.
Hornicza drażniła zawsze w sposób przykry lękliwość niesłychana żony; tym razem, wyjątkowo, wzmogła jego wesołość.
— Czegóż się zlękłaś, Bińciu, czegóż się tak zlękłaś, cha, cha, cha! — wołał ze śmiechem — stało się rzeczywiście, a stanie się coś bardzo dobrego, przyjemnego i z czego tak się cieszę, tak się cieszę! Wiktor przyjeżdża do nas! Posłuchaj co pisze!
Przeczytał żonie krótki list brata.
— »Kochany Zeńku, ósmego września, we wtorek, przyjadę do was. Bądź łaskaw przysłać po mnie konie na stacyę. Jadę zagranicę z poleceniem obejrzenia we Francyi i w Anglii najnowszych systemów gorzelnianych i będę przejeżdżał o kilka wiorst od