Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przestał mówić, przytuliła się mocniej do jego boku i zaczęła:
— To prawda, Zeniu, ale to wszystko, co powiedziałeś, nie ma żadnego związku z Rózią...
On uśmiechnął się, ona mówiła dalej:
— Ty wiesz, że ona jest w gruncie rzeczy nadzwyczaj przywiązana do nas i do dzieci, że w wielu wypadkach dała nam dowody poświęcenia i że wiele zawdzięczamy jej pracy około wychowania dzieci, szczególniej Anielki...
— Ależ tak — pośpiesznie zgodził się Hornicz — — wiem o tem wszystkiem, bardzo szanuję piękne przymioty twojej siostry, a drobne jej fantazye nie sprawiają mi przykrości...
Jednocześnie myślał:
— Kłamię! Sprawiają, nawet taką, która zawstydza i poniża, jak wszystkie drobnostki i małostki...
Sabina, znacznie uspokojona, mówiła z uczuciem zachwytu:
— Bo ty, Zeniu, jesteś najlepszy, najpobłażliwszy, najszlachetniejszy z ludzi.
Zrobiło się mu żal tej kobiety, tulącej się do jego ramienia. Pochylił się i pocałował ją najprzód w czoło, a potem w oko błękitne, którego powieka, już zżółkła i trochę pomarszczona, zamknęła się pod jego ustami.