Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Ostatnie nowele.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rze pod uwagę, że z pomiędzy wszystkich doświadczeń z chatkami, jakie widywać jej się zdarzało, to jedno tylko było pomyślne; wszystkie zaś inne po miłych początkach miały dalsze ciągi wcale nieprzyjemne i finały zupełnie fatalne.
Więc też podobny ciąg dalszy rozsądnie i praktycznie usunęła od siebie wówczas, gdy z niemałem wytężeniem silnej woli oparła się uczuciu, pociągającemu ją ku temu rozumnemu, miłemu i nadewszystko dobremu człowiekowi, o którym dotąd jeszcze wspomina niekiedy, może... zbyt często... Rzecz dziwna, że właśnie ta dobroć jego, rozlewająca się w głosie, spojrzeniu, uśmiechu, przeglądająca z poruszeń duszy i ciała, wabiła ją ku niemu urokiem najsilniejszym, ją, która dobroci nie umieszczała w rzędzie kardynalnych przymiotów człowieka, a nawet pewne jej wybujałości poczytywała za niedołęstwo i kalectwo. W nim przecież dobroć była tem właśnie, co kroplami ognia i miodu ściekało na dno jej serca. Przytem, ogromnie lubiła dźwięk jego głosu, kolor włosów, postawę, ruchy i nadewszystko czoło, nad rysami niezupełnie regularnemi, myślące, piękne czoło, na którem, jak na karcie książki przeciekawej, oczy jej nieprzezwyciężenie zatrzymywać się musiały.
Lecz — cóż? Stanowisko, stosunki, okoliczności rozmaite, nawet same przekonania i zamiary człowieka tego nie odpowiadały jej upodobaniom i wyobrażeniom o tem, co w życiu zbytecznem jest i koniecznem, miłem i niemiłem. O wartościach świata i życia mieli pojęcia wcale różne. Życie z nim byłoby rodzajem chatki, która