Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na lśnistej spuszcza się przędzy
i kroczy wielkimi krokami
po świstkach zżółkłego papieru.
A tam! z tej mgławej, w pochmurnym księżycu
tonącej dali,
pełznie Sawitri śpiew:
»Płynę w pałace Śmierci —
w malachitowe mauzolea,
ku słupom kaplic z labradoru,
ku kopcom zbawców i męczenników,
ku cmentarzyskom, po których
zostały ścieżki dla mrówek« — —

Korę asoki, beztroskiego drzewa,
jął Satyawan rąbać i tej chwili
upadł na łono stroskanej, szepczący:
»Wzrok mi się zamglił, osłabłem«.

I wraz przed córką króla Aśwapati
stanął młodzieniec w płaszczu purpurowym
i zczerwieniałą zatopił źrenicę
w jej przerażeniu.
»Kto ty?« — jęknęła — »i poco w twym ręku
ten powróz?...«
»Imacz-ci jestem dusz« odrzecze, —
»Yama, bóg śmierci: przychodzę
zabrać ci miłość, a zostawić żal«.

Poczęła błagać, lecz nieubłagany
wydobył duszę z ciała jej małżonka
i, skrępowawszy powrozem,
wiódł ją ze sobą w swą włość.
Za nim Sawitri w łzach:
»Zgasł-ci mój żywot« — płacze — »zgasł!
Skończyło się moje szczęście!
O Yamo! Yamo!
Czerwonooki panie śmierci,
wróć-że mi skarb mój, wróć!«