Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gdy sama była jednym z nieuchwytnych,
nieodgadnionych współdźwięków Prabytu.
Teraz, gdy oddech zachodniego morza
począł poruszać liściwiem,
uszy drżącemi zatykała dłońmi,
mówiąc: »nie wolno pogrążać mi serca
w tej najwybrańszej rozkoszy,
albowiem celem mych dzisiejszych dni
jest umartwienie, by życiem
mógł się zbawiony rozkoszować mąż...«
Ale inaczej było napisano
w wyroczniach:
Wziął Satyawan siekierę
i szedł w głębinę puszczy
ciąć drzewo.
Za nim Sawitri z smutnemi oczyma. —
Ledwie ukroczyć wydoła: przeczucie
w ciężkie łańcuchy zakuło jej nogi.
Wlokła się za nim, serce niosąc krwawe
w zmęczonych dłoniach, jak urnę,
pełną objaty Śmierci — — —

Stary, pochyły rachmistrz
otworzył cicho drzwi mej izby,
wślizgnął się do niej, jak wąż,
i, za mojemi stanąwszy plecami,
szepce mi w uszy: »chcesz wiedzieć,
na ile godzin i minut i sekund
liczą się jeszcze twe dni?«
Wyciągnął czarną tablicę
i kredy kawałkiem
począł straszliwe kreślić runy.
»Nie!...« wykrzyknąłem. »Nie!...«
Liście dzikiego chmielu
szeleszczą w progu na prętach sosnowych,
po szybach szmer się zsuwa tajemniczy,
szary, ogromny pająk