Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ciało biczuje prętami
wilgotnych łozin;
wychudłym palcem rozwiera powieki
i z kątów ich wygania leniwy, natrętny,
a dobroczynny zapach snu...
Gdy gardło wyschło z pragnienia,
tak, że się krok jej chwiał za każdym
choćby najmniejszym kamyczkiem,
pod każdą zwiędłą łodygą
goryczkowego ziela,
czy złotogłowiu,
nad zdrojów kryniczną stawała orzeźwą.
I osłabioną nie mogąc już wolą
zapobiedz zwycięstwu
pożądliwości,
dłoń zanurzywszy w wodzie,
kilku kroplami
wyswabadzała uwięziony język,
iżby choć szeptem zawołał: »Bogowie,
okażcie litość nad Satyawanem!«
Lubiła ongi chodzić na przełęcze
murawą pokrytych gór
i granatowe pieścić gencyany,
a teraz, patrząc, jak, nieświadom końca,
zbliża się k’niemu syn ślepca,
wzrok swój od cudnych odwraca już kwiatów.
Nie chce obudzać podejrzenia w duszach
żywotowładnych bóstw,
iż w trosce swej
szuka pociechy w odbiciu bajecznych,
poszukiwaczom rajskich fatamorgan
rzadko widzialnych nieb...
Nieraz, siadując o zmierzchu
pod konarami drzew,
zlewała całą swą istotę
z ich szumem,
czując w nim dawnych czasów przypomnienie,