Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Szła tak tysiące mil,
aże młodzieniec w płaszczu purpurowym,
ulitowawszy się jej trudu,
zawoła: »Sawitri!
Spal krwawe serce, które niesiesz w dłoni,
ofiarę uczyń bogom
i żądaj łaski odemnie:
Przez twoją wierność wszystko ci wypełnię,
nie oddam tylko duszy Satyawana«.
Tak ona powie: »Ojciec jego ślepy;
któż go prowadzić będzie, gdyś mu zabrał
syna, podporę jego lat?
Spraw, iżby przejrzał
i zasiadł znowu, wygnaniec,
na swym królewskim tronie w Salwie«.
»Stań się, jak rzekłaś« — odpowiedział Yama
i uszedł tysiące mil.

Za nim Sawitri w łzach:
»Nie strudzą się kroki me,
pójdę za mężem w twój ślad;
szlachetny był i dobry,
kres mój u jego kresu...«
»Wróć się, Sawitri« — rzekł Yama;
»twój kres daleki-ć jest; nim dojdziesz
do brzegu mych Oceanów,
sto gwiazd się spali w swych ogniach —
Jak zwiędły oset lub pomięty
stopami szarugi zimokwit,
schnie twoje ciało od nadmiernych pokut.
Ale mnie zmaga twa wierność
i twoja dobroć: Mówże, czego pragniesz;
ze środka ziemi skarby ci wykopię
i dam, dam wszystko, prócz życia
Satyawana«.
»Stracona jestem dla rodzica« —
powie Sawitri — »niechże-ć ojcu memu,