Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tak, ja, com dziś o zmierzchu,
przypominając wam
tę dziwną dumę o Sawitri —
widział na zeschłych, przyleśnych murawach
ognie pastuszków
i kilka przy polnej drodze
z gruba ciosanych brył granitu,
z których ma powstać krzyż,
pragnę jedynie tego,
iżby me stopy śmiertelne
nie zostawiły śladu
na tych samotnych ścieżkach —,
iżby mój wieczór był, jak potok górski,
kamienie walący w przepaść...
Niechaj je wali z hukiem,
gdyż jestem duch, który cierpiał,
albo niech raczej, łamiąc swoje prawa,
każe im zsunąć się w ciszy...
 
A może jestem obłąkany!?...

Król Aśwapati, pan gasnących światów,
które mu zwolna zamierały w duszy,
pozostawiając żużle dawnych uciech,
wielce był zmartwion, że córka
nie ma na czyje ramiona
ślubnego zawiesić wieńca...
»Najlepsze konie« — mówił — »każę wybrać
z wszystkich mych stajen
i bogom setne spalę aswamedy,
jeżeli ujrzę obok twego boku
rycerza,
któryby światłem swych cnót
dorównał bogom jutrznianym, Aswinom.
Sawitri, córko moja« —
tak gędził do niej starzec siwowłosy,
»przy tobie zorza blednie,
tracą swój żar niebiosy!