Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zamyka wonną tajemnicę blasku
niewinnych oczu dziecięcych
i zwolna, nieznacznie,
od gajów i ogrodów,
od gladioli i brzozy i wiśni
zalatujących uświadomień wzrostu
sennych, dziewiczych dojrzewań,
płynęła po głębiach fal
Sawitri.
W rośne, jutrzniane poranki,
kiedy ostatni, ledwie dosłyszalny,
świtowy podmuch nocy
z złotopromienną przemagał się ciszą,
Stawała w środku przejrzystej,
złotawej powierzchni wód
i, chwiejąc się rytmicznie nad zwierciadłem stropu,
nie mogła stłumić szeptliwego: A!
Jej usta, zróżowione wilgotnym oddechem
twórczej zadumy nad źródłem błękitów
i nad ich ujściem,
rozwierał podziw dla cudu,
którego sama była najwspanialszą,
najcudowniejszą inkarnacyą.
Sawitri, głębia i przejrzystość wód
i pochylone nad niemi gałęzie
świętego drzewa wilwy
i smaragdowozłote oka
niebieskopierśnych pawi,
płynęła w łodzi lotosu
w żarne, słoneczne pragnienia.
W tym dziwnym płynęła kwiecie,
który w południe
zwija swój liść purpurowy,
albowiem wstydzi się powierzyć niebu
swych ogni wewnętrznych,
otulających dar nieba,