Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


świętą i wielką tajnię
płodności...
Pani żywota,
w ofiarnym żądzy mieszkająca ogniu,
kieruje łódź swą ku brzegom
i na spalony zestąpiwszy ląd,
wzywa, by zjawił się ten,
któryby lica jej białość
skrasił czerwienią swych tchów.
Przyzywa głosem milczącym, zamkniętym
w znieruchomionym ócz lazurze,
a tak donośnym,
że wnika w ostępy puszcz.
I wówczas dzikie zrywają się słonie
i pędzą drogą walących się kłód,
strzaskanych dębów i jodeł,
głazów, roztartych na piarg,
i w dżdże przesianych potoków,
które przed chwilą, nim z brzegów spadzistych
runął w ich wiry rozszalały huf,
były jak złoto, lazur i seledyn.
A kiedy poszedł głos ten na doliny,
falami kładło się po krańcach ziemi
wrzące powietrze, rozpłonęły zboża,
kret wypełzywał z swoich konat ciemnych —
w oślepłych oczach
tęsknotę uczuł do słońca.
Dziewanna, jaskier i rozchodnik
do miedz przylgnęły, trawiąc się w płomiennym
własnego wnętrza poszepcie.
A rozigrane źrenice pastuszków
ścięły się nagle w nieruchome szkliwo
nieznanych dotąd zadziwień
i głos, milczący a donośny,
słały ku strzechom, gdzie okna i drzwi
maiły młode dziewczęta