Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Strzegące swego cmentarza,
Umarłe smereki, w mlecznych
Strzępach całunów, co się pozwieszały
Z ich trupich ramion. Wraża
Ogarnia cisza ten cały
Świat tajemniczy.
W tej dziczy
Czasami
Ponad naszemi głowami
Zatrzeszczy jakaś zeschnięta gałązka,
Lub zaszeleści jakiś gad w chościakach —
Mimoza tuli się do mnie milcząca,
Uczuwam dech jej gorąca
I w oczach błyśnie mi, jak smuga lśniąca,
Jak błysk porannych ros,
Jej złoty włos...
Czasem pod stopą zachlupocze grzązka
Ziemia, kałużą przesiąkła; od czasu
Do czasu spada po grani zygzakach
Jakiś głaz wielki i w piarg się roztrąca
I tak przerywa oniemienie lasu
I jednostajne tak przerywa echa
Tego potoku, co ze szumem spada
Tam! z graźni wirchu jakiegoś...
Do słońca,
Które się tutaj ku nam nie uśmiecha,
Idziemy naprzód, ja, moja mimoza
I towarzyszka ta druga — bez końca
Idziem ku światłu, a za nami groza
I strach i groza przed nami... Zdrada
Na każdym kroku — ręka gąszcz odpiera,
Chociaż się krwawi; noga grzęźnie w błocie,
A nie jest pewna, czy nie czyha żmija;
Jakieś się zielsko wokół stóp owija,
Grzbiet jakiś konar zwiera,
A z pod spróchniałych, zgniłych pni, paprocie
Strzelając bujnymi pęki,