Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czarny, ponury las
Zakrył nam blasków zdrój
Posplatanemi koronami drzew.
Wszystko łączący czas —
Spokój i bój,
To, co wyrasta i to, co ginie —
Snać w nieprzebitą pozbijał zawiłość
Pnie i konary.
Obdarte smereki,
Których przeplonny siew
Przywiał tu wichr przed wieki,
Naokół dyszą
Posępną grozą.
Milczący, wpatrzeni
W ten bór głęboki,
Ja z mą mimozą
I z moją pieśnią, duszą mojej duszy,
Mchem stłumionymi kroki
Idziemy śród cieni,
Śród dzikiej głuszy,
W jakiś nieznany świat.
Olbrzymie, spróchniałe kłody,
Powywracane wykroty,
Które tu, widać, jakiś demon kładł,
Pełen piekielnej ochoty,
Ażeby zatrzeć wszelkiej drogi ślad
Dla ludzkich stóp,
Leżą dokoła.
Tam — snać przy grobie grób —
Śmierci milczące grody:
Z trawy i zielska wychylają czoła
Zadumane, senne
Płyty kamienne,
Białe i zimne, jak lody,
Albo zczerniałe, podobne do kory,
Odpadającej od tych pniów odwiecznych.
W tym strasznym zmroku sterczą, jak upiory,