Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jakgdyby echa walących się kłód,
Które w szalonym pędzie,
Z hukiem, jak grom,
Prawicher zmiótł...
I w pieśni swej,
W tem strasznem rozbrzmieniu swych strun,
Których człek słuchać się boi,
A jednak, przerażon, słucha,
To nieodstępna druha
Wciąż nam szeptała do ucha
O jakiejś nocy bez łun,
Bez gwiazd, bez zórz,
O jakimś mroku bez granic,
Który nas dreszczem przejmował,
A który nas i świat — jak złom
Strzaskanych krzesanic
Topi w swych głębiach żleb —
O już, o już
W swej ciężkiej chmurze pochował!
W rozgromie
I w tym zalewie,
Gdzieś na przestrzeni nieb,
Zwieszonych nieruchomie
Nad rozprzężeniem wszystkich świata spójni —
Tak brzmiała nuta w jej śpiewie
Łagodniejącym —
Zabłysnął promień złoty
I coraz bujniej
Zaczął rozkrzewiać blaski.
Ucichły trzaski,
Huki i grzmoty,
Świat się wyłonił z bezdennego cienia
I pełen upojenia,
W zachwycie gorącym,
Ogarnięty ciszą,
Wielbił zbawczynię,
Miłość.