Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/394

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXXVI.

Gdym to obaczył — a wysłuchał śpiewu       280
Dziewicy (grobów smętnego słowika)
Która złotemu się téj łodzi drzewu
Tak wydawała, jak kwiat słonecznika,
A już od krain zaświatnych powiewu
Brała głos nowy i światłość płomyka...       285
Już tchem — już ogniem była — już bez ciała —
Już mgłą — a jeszcze za światem śpiewała; —


XXXVII.

Gdym to obaczył... tom kupcowi temu
(Bo kupiec jakiś to był który gorzał)
Zazdrościł drogi... sam niewiedząc czemu...       290
Drżąc, abym kiedyś duchem nie zubożał,
Skrzydeł nie stracił które ku złotemu
Światowi niosą, jak lew nie zesrożał,
Nie szedł na tamten świat z szatana trwogą,
Jak duch... na czarnéj łodzi... bez nikogo...       295


XXXVIII.

Przerażon w lasy wróciłem rodzinne.
A wkrótce wziął mię Lech król za pachołka.
Jam oczy groźne miał i ręce czynne,
I uwiązany cel do wież wierzchołka.
Trucizny wlano w to serce niewinne!       300
A Zemsta, jako pierwsza Apostołka,
Ciągle kłóciła mię z ludźmi i z losem...
A głos jéj czasem nie był — ludzkim głosem.


XXXIX.

Więc ile razy posłucham jéj rady
(A rada była dla ducha fatalna)       305
To widzę, że mi na świecie zawady
Usuwa jakaś ręka niewidzialna.
Na działającą moc patrzałem blady,
Sądząc — że biała mi orlica skalna
Zlatuje na hełm... usiada na czele...       310
I drogę moją piorunami ściele.