Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/393

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXXII.

A jednak ty się nie cofasz przed niemi?
A choćby miesiąc był nie czujesz trwogi?
Ale jak żóraw skrzydłami ciężkiemi       250
Próbujesz nowéj po błękitach drogi.
Między głazami dawniéj czerwonemi,
Między miesiącem i polnemi głogi,
Srebrne się ciągle jakieś wstęgi snują,
Po których myśli jak sny przylatują.       255


XXXIII.

W jakich kościołach Duch z wysokiém czołem,
Sądząc że nigdy świat się nie odmieni
Obecność wtenczas mię dręczącą kląłem,
Nogą trącałem czoła tych kamieni:
Padajcie głazy! przed ducha Aniołem!       260
Krzyczałem: — jako gromada jeleni
Przed mą niszczącą myślą uciekajcie!
Trupy grobowców tych... gińcie lub wstajcie!


XXXIV.

I nic! Urągał mi ten świat cichością
I biegiem, co jak żółw za słońcem chodzi       265
Nad południowych gdzieś łąk zielonością —
Bom przewędrował kraj który mię rodzi
Inaczej z trupów postępował kością
Lud, który palił umarłego w łodzi
I w mgieł krainę posyłał gościnną       270
Z umiłowaną kochanką niewinną...


XXXV.

Ja syn wyrżniętych ludów... ja istota
Nieznana wtenczas na ziemi nikomu...
Gdy obaczyłem jako ta łódź złota
Lepszą się zdaje do ziemskiego domu,       275
Jak płomień pod nią huczy i druzgota
Garście suchego liścia, pęki łomu,
A na te śpiące, we śnie rozkochane,
Rzuca swe straszne jutrzenki różane: