Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/391

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XXIV.

Do gwiaździc morskich tajemniczéj jaśni,       185
Porównywałem to Ludu zjawienie,
Który żył w chatach próżen wszelkiéj waśni,
A miał z jabłoni swój napój i cienie.
Królowie jemu panowali właśni;
Cudowne jakieś Lecha pokolenie!       190
Mające w sobie całe Polski Słowo
I moc i rózgę cudów Mojżeszową.


XXV.

Teraz wiem jako duch pod ziemią widzi —
A w ślepym często ten cud ujrzysz Dziadu
Którego wiejski ci pies nienawidzi,       195
Żórawianemu gdy podobne stadu
Za nim się wleką duchy: — świat zeń szydzi,
Ale go chłopek czuje królem gadu;
I wie, że na te źrennicy blachmany
Bije świat duchów tęczą malowany.       200


XXVI.

Te oczy ręką zasłonione Bożą
Czasem pod ziemią idą złota żyłą,
Aż im się ciemne kurhany otworzą
Jak gdyby słońce pod ziemią świeciło.
Blachy się złote na wzrok ludzki srożą!       205
Proch ludzki wstaje pod wzdętą mogiłą,
I w kształt człowieka znowu się układa,
Na nogi wstaje i w proch się rozpada.


XXVII.

Oni to widzą — właśnie... gdy gromada
Urąga... śledząc zamyślone czoło. —       210
Ta Mądrość która cały świat spowiada,
Dawniéj perłową wieńczona jemiołą,
Z królem na tronie lub przy królu siada
I w płomieniste się upiorów koło
Zamyka: nie czar... nie próżna guślarka,       215
Lecz Mądrość... chorób duchowych Lekarka.