Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/390

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XX.

Budzę się. — Straszna nademną kobieta
Spiewała swoje czarodziejskie runny.
„Ojczyzna twoja — wrzeszczała — zabita...       155
Ja jedna żywa... a ty zamiast trunny
Miałeś mój żywot. — Popiołem nakryta
I zapłodniona przez proch i pioruny
Wydałam ciebie, abyś był mścicielem!
Synu popiołów nazwany Popielem...       160


XXI.

Sam jeden jesteś... ale cię przymioty
Ojców napełnią... a ja dam dwa duchy:
Na prawo stanięć jeden Anioł złoty,
Na lewo jeden z krwi i zawieruchy;
Ci dwaj... ty trzeci... i mój głos jak grzmoty       165
Pędzący w zemstę —“ To mówiąc pieluchy
Moje chwytała, i trzęsąc nad głową,
Rzucała dzieckiem jak skrą piorunową.


XXII.

Jeszczem nie dorósł a już karmem duszy
Zemsta mi była — a nauką zdrada.       170
Często bywało że ktoś włos mi ruszy,
I we śnie do mnie jak Anioł zagada:
Gdy spojrzę — liść się tylko zawieruszy
I w kształt złotego widna wstaje — pada —
Czasem na moją pierś tumanem runie —       175
Ręka mi zadrży, nóż się sam wysunie.


XXIII.

O! pierwsze mego ducha nawałnice
Jakże wy straszne wstajecie w pamięci!
Widzę tę straszną krew jak błyskawicę
W któréj się mój duch niby gołąb kręci;       180
Dziś, nieraz, kiedy w czarną okolicę
I w puszczę wejdę... to mię coś tak smęci...
Że radbym własne wyrywał wnętrzności!
Albo u bolów swych prosił litości!