Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/389

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XVI.

Pamiętam ten głos — i straszne zaklęcie,
Na które odwrzasł mi duch „to Królowa!“
I całe mego ducha wniebowzięcie
Upadło... A wtém jasność przyszła nowa
I w tém powietrzu jako w dyamencie       125
Ukazał się wid... Piękność.... córka Słowa,
Pani któregoś z ludów na północy,
Jaką Judejscy widzieli prorocy...


XVII.

Słońce lecące trzymała nad czołem,
A miesiąc srebrny pod nogami gniotła:       130
Szła nad lasami i leciała dołem,
Nad chaty, jako komeciana miotła;
Tęcze ją ciągłém oskrzydlały kołem;
W słońcu girlandy niby z kwiatów plotła,
I na powietrze rzucała niedbale       135
Perły jaśminy i maki korale.


XVIII.

Błękit się cały zdawał uśmiechniony,
Pełny języków złotych niby fala —
Jak atłas który bierze różne tony
I drżąc swe hafty gwiaździste zapala —       140
Tak niebo za Nią od północnéj strony
Gwiazdy swojemi łyskające zdala,
Różnym się dało gwiazdom pozłacanym
Ukazać... w ogniu od zorzy rumianym.


XIX.

Więc czego woda Letejska nie mogła,       145
To Ona swojém zrobiła zjawieniem;
Że moja dusza na nowe się wzmogła
Loty... i nowym buchnęła płomieniem.
A jako pierwszy raz ciało przemogła
I uczyniła swoim wiernym cieniem...       150
Opowiem: — Ja Her powalony grzmotem
Nagle... gdzieś w puszczy... pod wieśniaczym płotem