Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


GWINONA.

Węże nie głodne, dziś jadły człowieka.

(SYGOŃ wraca.)
LECH.

Sygonie! cóż to, powróciłeś blady?

SYGOŃ.

Panie! powracam z nad wężowéj wieży.

GWINONA.

I tam widziałeś poszarpane członki
Człowieka, w paszczy wężowéj trzeszczące?       140
I tam słyszałeś gadzin smętne świsty?
I tam widziałeś jęczącą dziewczynę,
Która nad straszną wieżą nachylona,
Jak słowik gdy się na węża zapatrzy,
Skrzydełek tylko lekkiém trzepiotaniem       145
Okazywała strach?

SYGOŃ.

Ja tam widziałem
Rzecz która ludzkie przechodzi umysły.
Przy wieży, biała xiężycem dziewica
Siedzi, na harfie grająca; a przy niéj
W krąg stoją węże, tak wyprostowane       150
Jak morska fala wzdęta nad dziewczyną:
Ona te węże czarodziejską pieśnią
Zaczarowane trzyma i spokojne,
Ale już widać że jéj białe ręce
Mdleją na strunach; że się pieśń zakończy       155
Z życiem harfiarki w głodnych wężów paszczy.

GWINONA.

Więc wieża gdzie ten stary człowiek?...

SYGOŃ.

Pusta.
Spoczywa w głębi i śpi Derwid stary.
Bo wszystkie węże, pieśnią wywabione,
Są słuchaczami córki.