Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ŚLAZ.

Otóż to jest sztuka
Mówić jak Salmon zaczarowanemu.

LECH.

Któż to na ciebie rzucił takie czary?

ŚLAZ.

Kto? — Wczoraj martwy leżałem na polu;
Wtém jakaś wiedźma co paliła trupy,       60
Przyszła i wzięła mnie za nogi — to nic,
Ja byłem martwy, nie mówiłem słowa —
Aż mię ta straszna olbrzymka, dla tego
Że byłem martwy, chciała rzucić w ogień;
Więc ja zacząłem krzyczeć... więc ta wiedźma       65
Puściła moje nogi — więc ja wstałem —
Więc ona gniewna że ja nie umarłem
Zaczarowała mnie; wyjęła oczy
I dała inne oczy na pamiątkę;
Oczy wydarte z kota, szare, kocie,       70
Przez które zaraz zobaczyłem w nocy,
Że mi już także nosa odmieniła.
I bocianowi wziąwszy dziób przypięła
Do mojéj twarzy, pomiędzy oczyma;
Więc zaraz wstydząc się takiego nosa       75
Spuściłem na nos przyłbicę — więc potém
Chciałem odemknąć, aż moja przyłbica
Nie chciała; i tak — szlachetni rycerze
Jeżeli teraz chcecie się przekonać
Jak ja okropnie jestem odmieniony       80
Czarami wiedźmy téj, to z łaski waszéj
Przyłbicę tę mi otwórzcie.

GWINONA. (Otwierając hełm Ślaza).

O nieba!

ŚLAZ.

No cóż, i jakże wy mnie znajdujecie?

GWINONA.

Straszydło chude!