Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dziś spać nie mogłem: a kiedy nad rankiem       20
Zamknąłem oczy, to widmo Salmona
Jawiło mi się i mówiło do mnie
Samemi tylko urągowiskami.

(Słychać trąbkę rycerską.)

Cóż to? czy słyszysz? słyszysz róg Salmona?
To Salmon trąbi przed zamkową bramą.       25
Jakże — mówiłeś mi że Salmon zginął?

SYGOŃ.

Klnę się na Boga żem go widział trupem.

LECH.

Ale to Salmon, patrz stoi przed bramą.

SYGOŃ.

Ten mi się rycerz zdaje trochę chudszy.

LECH.

Stare masz oczy — nie poznajesz zbroi?       30
To Salmon — o! mój Salmon! — Chodź, to Salmon!

(Wychodzą.)

SCENA DRUGA.
Sala taż sama.
GWINONA wchodzi.

Co słyszę? Salmon zatrąbił. — O! Boże!
Gdy ja tortury straszne wymyśliłam
Aby się pomścić za niego — on żyje.
Także to pewna że serce przywyka
Do konieczności, choć najokropniejszéj,       5
I z jakiéjkolwiek bądź rospaczy nie chce
Powracać w przeszłą radość i z trupami
Powróconemi znów się zapoznawać:
Także to pewna, że osierocone
Przez zmarłych miejsca, gdy raz już są puste,       10