Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T1.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Czarna okryci żałobą...
Czemuż płaczą nad sobą?
Bogatą wezmą spuściznę.
Dla czegóż nad nim płaczą?...
W grobie zapomni troski.
Bracia! — on umarł — on był ostatnim z téj wioski,
Co widział wolną ojczyznę.

Synowie jeszcze po nim nie zdjęli żałoby,
Już na wolnéj żyją ziemi.
Idźmy więc nad ojców groby,
Wołajmy Bracia nad niemi,
Może usłyszą w mogile?...

VII.

Widziałem jak młodzieniec w saméj wieku sile,
Strawiony własnym ogniem — przeklął ogień duszy,
Wołał - czemuż Bóg więzów moich nie roskruszy?...
Lecz wszędy cichość grobowa:
A więc sam odpowiadał — „jestem panem życia”
Okropny rospaczy słowa.
Z umysłowych władz rozbicia,
Została ta myśl straszliwa.
I bladość śmierci lice wyniosłe okrywa.
Ta jedna myśl, tysiączne urodziła myśli,
Straszna ciérpienia potęga,
Umysł je rozwija — kryśli.
Z niedowiarstwa marą sprzęga.
O niedowiarstwo! Ty piekieł pochodnią
Niszczysz mgłę marzeń i blask urojenia złoty.
Gdzież cnota?... nie ma cnoty!...
I zbrodnia nie jest zbrodnią.
Na niepewnéj ważysz szali,
Wzniosłe uczucia w człowieku...
Już wszyscy tak myśleli — i wszyscy wołali,
Jet to chorobą czasu! — jest to duchem wieku!
Ta ciemność była tylko przepowiednią słońca.
Wolności widzim Anioła.
Wolności powstał obrońca.