Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego 01 (Gubrynowicz).djvu/261

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Sam widać był tej harfie za stolarza —       270
    Dziwna!... rybie w niej srebrzą się ościenie
    I labradorskie Sybiru kamienie.

    Struny, podobne do starych badylów,
    Pod palcem tego ducha drzą spruchniałe.
    A co? czy dobrze na niej panna Nilów       275
    Grała, wywiodłszy ciebie gdzieś na skalę
    Kamczatki, kędy jasne roje gilów
    Latały słuchać, gdy jej rączki białe
    W powietrze pełne mgieł, duchów i szronów
    Lały z tej harfy girlandami tonów?       280

    O powiedz, jakie ci sny o młodości
    I o twej miłej ojczyźnie wyjęczał
    Jęk tej źle z renów ostruganej kości
    I tej dziewczyny głos, który wyręczał
    Anioła stróża, a ty — o litości!       285
    W oczy jej patrzał czyste, u nóg klęczał,
    A drugą myśli połową pieśń mijał,
    Palił dom, ojca w płomieniach zabijał.

    Powiedz, czy w harfie tej dziś jest żałośny
    Tego dziecięcia jęk i skarga cicha?       290
    Czy ty pomiędzy aniołami głośny
    Tą harfą? Czy ci ręka nie usycha?...
    Patrz... ten duch, niegdyś tak mało litosny
    Temu dziewczyny sercu, teraz wzdycha
    I lirnikowi palcem pokazuje,       295
    Jakby chciał mówić: patrzaj, on to czuje!

    Precz bladzi! — i ten trzeci, co nad głowy
    Wyciąga ręce i nad wami trzyma
    Swój wielki, bardzo ciężki krzyż cynowy,
    Niech mię nie prosi łzawemi oczyma!       300
    Stary swiat skonał... nie zaczął się nowy.
    Dla takich duchów, jak wy, miejsca nie ma!
    Lećcie i w nową zorzę się rozpłyńcie
    I bądźcie nowi duchem — albo gińcie!