Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/584

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kawe — bowiem była to, zdaje się, kapota, jaką zagonowa szlachta zimą nosi w prowincjach, dobrze od Warszawy oddalonych. Wpobliżu wisiała piękna rycina, przedstawiająca św. Michała Archanioła podług oryginału, który jest u Kapucynów w Rzymie, czy też podług tego obrazu Rafaela, który w Luwrze jest, tego dobrze nie pamiętam. Także Ostrobramska Matka Najświętsza i Dominikina[1] oryginalny rysunek, komunję św. Hieronima przedstawiający; jeszcze także rycinka mała, z Napoleona I-go przed generalstwem jego portretowana, a pod nią dagerotyp mężczyzny sędziwego, prosto stojącego, w surducie zapiętym, jak chodzą francuskie inwalidy — a był to czas właśnie pierwszych wojennych kroków, ostatniej wojny... Na biurku zaś, od czasu niedawnego dopiero widzialne u pana Adama dwa niedźwiedzie pasujące się — odlew z gipsu.
To było jeszcze przed śmiercią małżonki Adama Mickiewicza, po której to śmierci i pogrzebie na jakie dwa tygodnie zaszedłem znów do pana Adama o godzinie może dziesiątej rano i zastałem go w progu drzwi, wychodzącego właśnie, tak, że, drzwi kiedy otworzyłem, wpadłem nań — wrócił więc na jakie półtory godziny jeszcze, przez które z nim mówiłem, a potem razem też wyszliśmy, bo miał był gdzieś iść jeszcze onej półtorej godziny pierwej. Mówił mi o śmierci żony, szczegółowo, bardzo pogodnie, małe zboczenie robiąc: że nieświadomość prawdy tylko daje przerażenie zgonu i rzeczy, śmierci dotyczących... Aż, kiedy przy jednej z ulic ja miałem inaczej obrócić drogę, a on gdzie indziej iść, ścisnął mię za rękę i mocnym głosem rzekł mi: «No... adieu!» Że nigdy ani po francusku, ani tym tonem nie żegnał mię był, a tyleć razy rozchodziliśmy się, przeszedłem potem nieledwie na drugi koniec miasta, i na schody do siebie wstępując, słyszałem jeszcze to słowo «...Adieu!»
Przypadek zrządził, że nie mogłem widzieć odtąd pana Adama, ani pożegnać go, kiedy na Wschód wyjeżdżał — słowem, że to ostatnie było ono dziwnie mi podówczas brzmiące pożegnanie... Co, aby jaśniejszem było, dodać trzeba, że nieboszczyk pan Adam miał to do siebie, iż nietylko, co mawiał, ale i jak mawiał, zatrzymywało się w pamięci...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Przy ulicy Tours de Dames na wzgórzu jest dom, do którego dopiero wszedłszy, rozkład schodów i fragmenta z gliny polewanej czternastowieczne, florenckie okazują, iż poważnego artysty to mieszkanie... Tam gdy niedawno wszedłem był — a potem na najwyższe piętro do atelier[2] p. Delaroche’a[3], wielki arysta raczył mi pokazać ostatni obraz swój, właśnie że skończony. Była to rzecz wielkości dużego półarkusza, malowana na drzewie. — W zaułku Jerozolimskim dawało się więcej czuć, niż widzieć przez podobną do okna szczelinę, iż człowiek, którego zwano Mistrzem, Rabbim, Mesjaszem, Królem i Prorokiem, i uzdrawiającym, pewnym lekarzem, a który był Chrystus, syn Boga żywego, właśnie że jest wzięty przez straże i prowadzony od urzędu do urzędu, a może właśnie na górę trupich głów. Piotr św., najbliżej okna owego stojąc porywa się, jak człowiek, szabli szukający, a Jan święty, na piersiach kładąc mu ręce swe, uspokaja księcia apostoła i sam zan, przezeń czuwając, w okno patrzy.
Ta grupa jest przy ścianie okna, po niej ustęp, jak w Stabat Mater[4] ustępy strof; dalej klęczy Matka Najświętsza, jak się klęczy przed ołtarzem w kościele, kiedy jest wystawienie Najświętszego Sakramentu; za nią ustęp znowu i grupa świętych niewiast w katakumbowej jakiejś architektury cieniach... Oto obraz cały z męki Pańskiej, w którym osoby Zbawiciela widocznej niema, ale jest ona tylko w gamie wyrazów twarzy osób, mękę Pańską widzących, wyrażona.

Wielce uradowany, iż jest przecie na świecie artysta, patrzyłem na ten maleńki obrazek, a że ś. p. Delaroche (tak, jak bywało kiedyś Ary Scheffer)[5] raczył mi pozwalać, abym, oglądając utwory jego, mówił wszystko, co mi się zdaje, ja zaś na tym już stopniu stojącym artystom nie mniemam, aby inaczej się mówiło, długo więc myślenie moje określałem w słowach ściśle wiernych. I skończyłem na tem, że sądzę, iż obraz taki następstwa swoje mieć powinien i że sam jeden oderwanie wzięty niepełną jest rzeczą, na co mi p. Delaroche odpowie: «Trzy właśnie ta-

  1. Domenichino, właściwie Domenico Zampieri (1581—1641), malarz włoski.
  2. atelier (franc.) — pracownia (malarza, fotografa itp.).
  3. Paul Delaroche — wybitny malarz francuski, który dla obrazów swych wybierał tematy historyczne (1797—1856).
  4. Stabat Mater (dolorosa) — stała Matka (boleściwa); początkowe słowa łacińskiego hymnu kościelnego.
  5. Ary Scheffer (1795—1858), malarz niderlandzko-francuski.