Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/542

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


precz, daleko na fale oceanu, a na kapeluszu tym wokoło była wstęga czarna i był złocony na niej napis: Cywilizacja.

V.

Kilka osób poskoczyło wraz ku wrębowi okrętu, gdzie wiatr pomiótł kapeluszem, nie ażeby myślą ich było coś w tem pomóc, ale że to w naturze nagłych wydarzeń leży, iż za sobą nerwy pociągają.
Szczególniejszy był to wiatru poświst, nie mający nic w sobie podobnego do otaczającego nas powietrza — zimny, nagły, ale nie dorywczy i przechodni, owszem, utwierdzający się co chwila, jakby całą atmosferę miał odmienić i odmienić miał siłę.
Ci, co w morze patrzyli, kędy już na pianie fal dalekich dojrzeć nie można było kapelusza, spostrzegli nagle krągłą bryłę, jakoby kryształ jaśniejącą, którą koła okrętu odepchnęły, aż usłyszany mógł być odepchnięcia owego cios i poszturg.
Majtków dwóch pobiegło na maszt główny. Rozruch jakiś i poszept wywołał samego kapitana, który, krokiem mierzonym przeszedłszy schody, stanął w odrzwiach do pół widny, zakryty wnętrzem schodów. Kapitan ręce miał w kieszeniach, czapkę na tyle głowy zarzuconą ukosem i poobiednie piórko w zębach.
Ktoś z podróżnych usłyszał w kuchni okrętowej, że zbliżają się lody niespodzianie, od północnego bieguna oderwane i płynące obszarem oceanu, ale tenże sam w chwil niewiele głośno zaprzeczał, jakoby coś podobnego miał usłyszeć.
Tymczasem wszelako dookoła już było zimno i grudniowo, a mało kto zostawał na pokładzie i zmrok upadł wcześniejszy, niż za dni przeszłych.
I stało się coś pomiędzy podróżnymi w salonach okrętu, ale wiedzieć nie można było, o co idzie.
Ktoś powiedział, że wiele dni podróży naszej straciliśmy; ktoś pomyślił, że sam kapitan pomylił się w rachunkach swoich.
Przy herbacie wieczornej usługa poczęła być mniej ściśle dopełniana, a kapitan bynajmniej się na dole okrętu nie pokazywał. Uważałem, że energiczny oficer kawalerji wziął w protekcję swoją piękną osobę wykradzioną, a młodzieniec czuły zbierał klucze od podróżnych torb i tłomoków.
Zaś około północy, kiedy jeszcze nikt nie spał oprócz dzieci, a zakonnice podróżne w kabinach swoich kryjome modlitwy odmawiały, usłyszano wołania niezwyczajne na pokładzie, który był ciemnością bezksiężycowej nocy osłonięty, tak, że na mdlej niebios jasności czarna ledwo plamą się wydawał przechadzający tam i owdzie po strażniczej desce kapitan, który z niej już od wielu godzin nie zstępował.
I uważałem go, o ile dostrzec można było, że był spokojny.
Ale wołania niezwyczajne i po całym rozlegające się okręcie, spowodowawszy za sobą kilkunastu ludzi służby żeglarskiej, pędem wielkim biegnących z zapalonemi w rękach kagańcami, uczyniły, że bynajmniej już wątpić nie można było o nadpływającym szlaku wielkim polarnych lodów, które każdy mógł widzieć. Bryłami ich ciskały ogromne fale, co dawało nadzieję, iż wielkim pędem statek mimo przemknie, i szło jedynie o to, aby na widnokręgu krańcach dojrzeć, ażali gdzie mnogiemi lodów pokładami zaostrzone powietrze, na rozłomy te oddziaływając, w jednolite prawie całości ich nie jednoczy.
Poświsty wiatru, jakby brzemiennego szronem, raz po raz przez wszelaki otwór budowy okrętowej przechodziły.
Cofnąłem się w jeden z korytarzy, lecz zbłądziłem w kuchni okolice.
Majtków kilku spostrzegłem, pochylonych nad beczką wódki, którzy poza ramiona swoje półostrożnem a półpogardliwem cisnęli ku mnie spojrzeniem.
Zdawało mi się, że kapitan otarł się o ramię moje w korytarzu, i zdawało mi się, że ten, który mię właśnie ubiegł, miał pistolety w rękach. Usłyszałem dwa strzały i dwóch ludzi pijanych, odepchniętych od beczki konwulsją śmierci, zobaczyłem; poznałem kapitana z dymiącemi w rękach pistoletami — dawał rozkazy reszcie żywych, którzy zdawali mi się trzeźwieć.
A, cofając się od jęku konających w boczny statku korytarz, usłyszałem śmiechy, przekleństwa i gadanie ochrypłem gardłem niestateczne i coś podobnego do naglonych pośpiechem modlitw, więcej przeklinaniu podobnych.
Zobaczyłem, że emigrant wychylał butelki, a archeolog zbierał próżne i nadziewał je rękopismami swemi, na niebezpieczną się chwilę przygotowując.
W salonie redaktor zapowiadał, iż trzeba, ażeby się wszyscy zgromadzili dla wystosowania komitetu, złożonego z mężów zaufania, któryby nadwerężonego strzegł porządku, ale koło lewe właśnie