Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/543

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    wtedy, o ogromną bryłę lodu uderzając, wyszczerbiło się z łoskotem strasznym i cały się okręt wstrząsł gwałtownie.
    Kapitan po raz pierwszy usta swoje otworzył dla zapowiedzenia publiczności, iż oczekuje świtu, aby niebezpieczeństwa ważność mógł ocenić.
    I widziałem, że z krzyżem w ręku wszedł kapucyn nogą bosa na okrętowy pokład, ale mu kapitan kazał precz iść, ażeby się panik[1] nie roznosił pomiędzy publicznością i majtkami. Parę głosów powstało przeciw temu, owszem żądając księdza. I zawołał kapucyn: «Na morzach tych czasu onego Krzysztof Kolumb w takimże, jak ja dzisiaj stroju...» ale kapitan ręką skinął i odsunięto mnicha, a redaktor ozwał się do publiczności, że stateczniej niźli kiedykolwiek władzę prawą szanować trzeba, i mówił jeszcze coś więcej o przesądach ultramontańskich[2], czego wszakże zrozumieć nie można było, bo był pijany.
    Kapitan zaś, przeszedłszy mimo mówcy, skinął ręką, ażeby się dzieci i kobiety w okolicy głównego masztu trzymały, potem wytężonem okiem szukał długo pierwszych brzasku jasności i chciał jeszcze raz wnijść na strażniczą deskę, ale w połowie schodów się zatrzymał i zawołał głosem wielkim ku maszyniście nadół: «Ognia!» —
    A oto nagle cały okręt zdawał się porywać jako balon, który właśnie że uwiązania swe opuścił, i wszystko, co było na okręcie, jakoby się zaniosło na pęd wielki, gdy wraz góry lodowe z dwóch stron statku na koła dwa się wtarły, aż odpryski wielkości przeraźliwej, ponad głowami tłumu lecąc, uderzyły o komin okrętu z dziwnym łoskotem.
    Chciałem gdzieś iść — gdzie, nie wiem. Chciałem szukać kogoś — nie wiem, kogo. Wydawało mi się, że odebrałem w czoło uderzenie wielkim lodu odłamem, lecz rozeznać nie mogłem, czy mi się w oczach zaświeciło, czyli zajaśniały blaski ranne.
    Zgadywałem, że uwięziony za dwa swoje koła parostatek targał się tam i owdzie na podobieństwo uwikłanego w pęta słonia; a cokolwiek poruszyć się chcąc naprzód, lubo, gdzie, nie wiem: uczułem się nagle porwanym, jak ciężar martwy, i uczułem się zatoczonym po pokładzie, i rzuconym głową na przedmiot miękki, który dawał mi się poznać, że był ramieniem. —

    VI.

    A kiedy — już nie wiem, które od onej pamiętnej nocy — słońce weszło, rozpoznawać zacząłem, iż oparty jestem o ramię siostry szarej, jakoby podobnej do jednej z owych, które na rozbijającym się statku byłem widział.
    Ale umysł mój był osłabły i zdawało się, że, niewiele już prawa do rzeczywistości posiadającym będąc duchem, począłem spojrzenia moje ograniczać na widnokręgu, niezbyt od dłoni mojej szerszym.
    Więc patrzyłem na fałdy grube szaty wełnianej, którą zakonnica była osłonięta, i podniosłem palec, ażeby z sukni jej odtrącić plamę zastygłego wosku, którą okapana będąc, wydawało się, jakby jej różaniec bursztynowy po fałdach spływał.
    Ale ona rzekła mi głosem dziwnym, bo podobnym do wszystkich głosów wszystkich przyjaciół moich:
    — «Wosk ten zostaw, albowiem jest z gromnicy, którą na pogrzebie twoim trzymałam w ręku».


    OSTATNIA Z BAJEK
    I.

    Powiew Swobodny, który był i jest wszędzie, gdzie się działo i dzieje życie, tak mówi do zatrzymanej myśli:
    Nie wierzcie, lub nie dowierzajcie, gdy was nauczają, że bajka jest literacką formą, przemyślnie ku temu wystosowaną, ażeby prawdy drażliwe, osłoniwszy dowcipnem postaciowaniem, gładziej przemycać.

    Takowa przemysłowa robota zaczęła się

    1. panik, właściwie: panika (gr.), przerażenie, popłoch.
    2. ultramontańskie (łac. — dosłownie: zagórski, za góry zwrócony) — żądający bezwzględnej przewagi papieża i kościoła katolickiego.