Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/541

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sza. — dodał następnie mój przyjaciel — to jest, że mąż, oddany po szczególe samej tylko archeologji, nigdy na mszę nie chodzi!
— Cóż więc, — rzekłem — pojąć on może z umiejętności swojej?
A przyjaciel mój mi odpowiedział:
— Jest partykularnym[1] akademji korespondentem.
I chciał jeszcze dalej coś mówić mój przyjaciel, ale usłyszeliśmy, iż emigrant począł przypatrującemu się znikającej tęczy kapucynowi ciskać żarty z udziału Świętego Ducha w kościoła sprawach, żarty, gwałtem jako przedmiot naciągane; a rozmowa ta rosła bezprzykładnie i już mogła była wkoło siebie wiele osób zgromadzić, gdyby nie pokazanie się nagle redaktora jednego z bardzo użytecznych europejskich czasopismów, którego to emigrant skoro spostrzegł, uchylił się na bok magnetycznie, jako kiedy północnej jakiej armji sierżant robi miejsce samemu generałowi.

IV.

I płynęliśmy jeszcze trzy dni i jeszcze pół dnia, co uczyniło razem sześć dni. A około południa dnia siódmego wyszedłem na pokład okrętowy, czując uciśnienie smutku — smutku, którego treść i powód były mi zupełnie nieznajome.
Są albowiem boleści wnętrzne i udręczenia ducha, które się bezpośrednio i doraźnie z pochodzenia swojego nie tłumaczą. Co większa, iż sama wrażeń ekonomja i następstw ich porządek nie są rzeczą dla śmiertelnika najjaśniejszą.
Jakoż, wielce chcąc płakać, ale nie mogąc i jednej łzy uronić, aby spadła w ocean, przysłuchiwałem się perjodycznemu chrząstowi budowy parostatku z niedbałością człowieka, któremu jest wszystko obojętne.
Cywilizacja zaś szła, jak nigdy, wielką dymu kolumnę na niebiosach i nikły ślad na falach oceanu zostawując za sobą.
Ludzie dzicy z tłumaczem przechadzali się po pokładzie, ogłaskując rękoma poręcze i wręby okrętowe, a widziałem radość na ich obliczach, że tak wszystko równo, pięknie i gładko.
Wszelako, siedząc, nie powiem w zadumaniu, ale w czczości myślenia, rozświeciło mi się nagle zupełne pojęcie istoty smutku mego — rzecz, której się bynajmniej nie doszukiwałem sztuką badania. Tak dalece pewno jest, iż, ażeby zapalić ogień, urządza się zaprawdę długo wszelakie palne materjały i zanieca się iskrę; ażeby buchnął tenże ogień, trzeba jeszcze dla tego wszystkiego chwili pewnej, która, siebie nadto dodając, czyni, iż nagle całość plonie.
I nie inaczej rzecz się ma z myśleniem.
I oto więc rzekłem sobie naraz:
— Zaiste, że przyczyną smutku mojego jest zupełna samotność. Cóż albowiem wszystkość tych obywateli okrętu naszego pomoże mi, albo w czemże jesteśmy sobie współudzielni? Nie wystarczyłoż oto siedmiu dni, ażeby dojść do tego, iż, otworzywszy usta, można wiedzieć naprzód wszelkie następstwa dialogu — wiedzieć: co cłlowiek czuły, i co oburkliwv obywatel, i co energiczny oficer, i co archeolog, co emigrant i co redaktor jednego z bardzo użytecznych europejskich czasopismów odpowiedzą. Myśl żywotna w ludzkości byłażby tak mechaniczną pracą i tak źródłowej żadnej wnętrzności swojej nie mającą? Prawda jestże tylko ostatecznością, wynikłą ze starcia się i wzajemnego odpychania jednostronnych humorów, rozmawiających z sobą obywateli? Ale sama przez się ażali, powtarzam, prawda nie jest niczem, tylko czczością myślenia — tylko jestże ona jakoby tem miejscem na coś przypadkowego, i ta jakoby idealnie pojętą próżnią, o której się mawia w umiejętnościach, wiedząc wszelako, iż próżni nigdzie niema? Jednem słowem — jestże wiec prawda kłamstwem?
Albo mamże raczej przypuścić, jako obowiązujące ostatecznie pojecie: iż prawda jest wynikiem tylko samej redakcji myśli i zdań? I że ona przeto jest jako te na cyrkach płatnych amazonki, które, z pędzącego wokoło siodła i konia, podskakując, przebijają czołami, w korony ubranemi, wielki arkusz bibuły, ażeby po drugiej tegoż arkusza stronie na uciekającego upaść źrebca, przy oklasku i przy śmiechach rzeszy patrzącej?
Zaiste, że jedna jest rzecz, łącząca doskonalej obywateli okrętu tego — rzecz, mówię, jedna jest.
A, słowa te wyrzekłszy, uderzyłem nogą w ruchomy pokład statku, jakoby powiadając sobie samemu: «Oto jest ta rzecz jedna, i nic więcej».

Szczególniejszej natury powiew i poświst zerwał płaski kapelusz jednemu z chłopców okrętowych, porzucając go

  1. partykularny (łac.), miejscowy, z pewnej okolicy.