Strona:PL Dumas - W pałacu carów.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rwałem się na nogi, gotów bronić się, ale zwierz już nie żył. Trafiły go dwie kule: hrabiego Aleksego — poza uchem, i leśnika — prosto w ramię. Ujrzałem, że jestem cały we krwi, acz nie doznałem nawet zdrapania skóry.
Ze wszech stron jęli biedz do mnie ludzie, którzy, widząc, że między mną a niedźwiedziem odbywa się pojedynek zlękli się, iżby nie skończył się dla mnie fatalnie. Wszyscy byli ucieszeni, widząc że mnie się nic nie stało, i że miś zabity.
Zwycięstwo moje, mimo że nie sam jeden je odniosłem, lecz przy pomocy innych, sprawiło mi wiele przyjemności, ponieważ byłem jeszcze nowicjuszem w tego rodzaju wyprawach na grubego zwierza. Wystrzałem przestrzeliłem niedźwiedziowi przednią łapę, a kindżałem zadałem mu szeroką ranę, a zatem nie drgnęła mi ręka ani wtedy, gdy wróg był daleko, ani wtedy, gdy był blisko!
Chłopi i leśnicy zabili prócz tego jeszcze dwóch niedźwiedzi i na tem polowanie na misie skończyło się. Zawleczono zabite niedźwiedzie na jedno miejsce, aby zciągnąć z nich skórę; poczem poobcinano im tylne łapy, które uważane są wogóle jako przysmak i które miały właśnie pójść na nasz obiad.
Wróciliśmy do pałacu Naryszkina ze swemi trofeami. Każdego z nas oczekiwała w jego pokoju pachnąca woda do mycia, co było wielce pożądanem, ze względu na długie przebywanie w futrach... W pół gogziny potem dzwonek dal nam znać, że nastała pora obiadu.
Obiad po polowaniu był niemniej wystawny, niż obiad wczorajszy; nie było tylko ryb, ale za to mieliśmy „łapy niedźwiedzie”... Przyrządzeniem tych łap zajęci byli leśnicy, którzy smażyli je wprost na rożnie nad ogniem — bez żadnych przygotowań. Gdy