Strona:PL Dumas - Sprawa Clemenceau T1-3.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To zupełnie niepotrzebne; nie kazano panu pewnie oddawać listy do rąk własnych adresantki, prawda? Zostawże go pan przecie.
— Nie.
— Ah! jak się panu podoba.
Wyszedłem, trzęsąc się na całem ciele, z głową jak w kleszczach, z nogami jak z lodu, z sercem co nagle zastygło mi w piersi. Dostawszy się na ulicę, wsparłem się o ścianę sąsiedniego domu. W nagłej modlitwie, trwającej ćwierć sekundy zakląłem Boga by się ulitował nademną; chociaż nawet sam Bóg nie mógł już cofnąć przeszłości. Rozerwałem pieczątkę i przeczytałem:
„Niepodobna nam się widzieć; nie jedzie na polowanie. Myśl o mnie. Całuję twoje ukochane usta.“
Podpisu żadnego. Czyliż był potrzebnym? Wszedłem napowrót do mieszkania stróżki. Wróciła już była do przerwanej przed chwilą roboty: wycierała filiżankę.
Widzę ją jeszcze, tę obmierzłą istotę, która dla kilku nędznych sztuk złota dopomagała haniebnemu bezprawiu. Oh! w podobnych chwilach, widzieć konającą w najokropniejszych męczarniach istotę, co się przyczyniła do zgruchotania waszego szczęścia, nie znając was nawet, nie pragnąc nawet tego; wydrzeć jej wnętrzności, członki jej złamać jeden po drugim, słyszeć jej wycia, złorzeczenia, modły; i nie czuć zmiłowania ani dla niej ani dla najmłodszego i najniewinniejszego z jej dzieciątek byłaby to rozkosz Nerona. Tak wszelkie okrucień-